Róże z Tajemniczego ogrodu i lapbooking

 

Nasze ostatnie lektury w tym semestrze opracowywaliśmy odkrywaną powoli przeze mnie metodą lapbookingu.
Na pierwszy ogień, do eksperymentowania, poszły Miziołki Joanny Olech. I od pierwszej lekcji wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę.
Dzieci ogromnie się zaangażowały w całe to wycinanie, składanie kopert, klejenie, wymyślanie sposobów na zaprezentowanie kolejnego fragmentu informacji. Na wszystkie zajęcia z lekturą przychodziły ze swoimi wielkimi kolorowymi teczkami A3 i sprawiały wrażenie, że nie mogą się doczekać kolejnego etapu ich projektowania i uzupełniania.
Wydaje mi się, że to atrakcyjna dla uczniów metoda dlatego, że czyni proces dochodzenia do wiedzy bardzo namacalnym, mocno wizualnym i przez to interaktywnym. Odczepia się od wszechobecnej w edukacji abstrakcyjności. Widzimy dzięki tym kolorowym karteluszkom, fiszkom, kopertom, co się dzieje w naszych głowach, jak się zwiększa liczba informacji, jak się one ze sobą łączą, która z której wynika, która zamyka się w której i która do której jest przyklejona. Wszystko konkretne, naoczne, jasne i przejrzyste.
A do tego całe to klejenie jest po prostu niezłą zabawą, podczas której dzieci nawet nie wiedzą, kiedy się uczą.
Wreszcie efekt końcowy: na finiszu pracy z tekstem otrzymujemy piękne, bardzo indywidualne (mimo że dużo pracowaliśmy razem) dzieło. W jednym miejscu mamy zebrane i znakomicie ustrukturyzowane wszystkie wiadomości o lekturze. I te standardowe, obowiązkowe, i te ważne dla nas osobiście z jakichś powodów. Mamy informacje z zakresu genologii, stylistyki, frazeologii, mamy rozpracowaną strukturę tekstu, mamy elementy standardowych szkolnych charakterystyk postaci, ale mamy też własne opinie, zwerbalizowane odczucia, jakie wzbudziła w nas lektura. Na wszystko znajdzie się miejsce w takiej teczce A3. W przypadku Dynastii Miziołków poczyniliśmy nawet niejaki wstęp do pisania rozprawki: uczniowie na zakończenie pracy z lekturą wybierali sobie z niej problemy, które ich szczególnie zaabsorbowały (było o dojrzewaniu i rozwoju, o pierwszych miłościach, o przezwiskach, o ksenofobii…), dyskutowaliśmy o nich na zajęciach, a następnie do jednej z sekretnych kopert z lapbooka pisali swoje własne przemyślenia na jeden z tych zaproponowanych przez siebie tematów.

Następnym naszym lapbookiem był interdyscyplinarny projekt poświęcony największym polskim miastom. Każdy miał swoje wylosowane miasto i zupełnie samodzielnie przygotowywał poświęconego mu lapbooka. Było na to ok. dwóch tygodni. Na koniec każdy prezentował na forum klasy swoje miasto. Prezentacje wypadły naprawdę bardzo ciekawie.

A na sam koniec bieżącego roku szkolnego „przerobiliśmy” Tajemniczy ogród z listy lektur uzupełniających.
Tym razem podczas pracy nad testem postawiłam na samodzielność uczniów: chciałam, żeby sięgnęli po swoje zdobywane przez cały rok doświadczenie w analizowaniu i interpretowaniu tekstów i sami popracowali nad strukturą tej powieści. Bo jednak cały czas jestem nieubłaganą i niereformowalną już chyba strukturalistką. Uważam, że aby świadomie przyswoić lekturę, należy najpierw świadomie zobaczyć i ocenić, jak ona jest „zrobiona”, z jakich klocków się składa, w jakie wchodzi dialogi z innymi tekstami etc. Przynoszę dzieciom na zajęcia różne kolorowe sznurki, klocki, koraliki, żeby bardziej namacalnie pokazać im, czym jest „plot”, jak się buduje, rozwija, meandruje…
Zatem Tajemniczy ogród rozpoczął się w naszej klasie od samodzielnych rozkmin na temat świata przedstawionego i narracji.
Tym razem wnioski zapisywaliśmy na kartach, które na końcu miały utworzyć album o książce Burnett.
Wyszło to całkiem nieźle. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że dzieci poszły w pisanie bardziej niż w rysowanie, mimo że mogły pracować w dowolnej formie i mimo że miał to być album. Okazuje się, że po roku nauki nie potrzebują już tak bardzo obrazków jako narzędzia ekspresji. Weszli na wyższy poziom abstrakcji i coraz częściej dobrowolnie wybierają posługiwanie się pismem. We wrześniu-październiku było odwrotnie. Tak intuicyjnie czułam – że potrzebują najpierw dużo rysować o swoich myślach, żeby później móc je coraz sprawniej identyfikować, werbalizować i wreszcie zapisywać.
Kolejnym etapem byli bohaterowie. Każdy wybrał swojego ulubionego. Najoryginalniejszym okazał się pan Archibald Craven. Nikt nie wybrał Colina! Tutaj wzięłam sobie za cel kształcenie umiejętności pracy z tekstem, wertowania niecienkiej przecież książki w poszukiwaniu potrzebnych informacji. Cechy bohaterów należało bowiem formułować w oparciu o znalezione i przepisane konkretne cytaty z lektury. Nie było to dla dzieci łatwe, ale finalnie stwierdziły, że sprawia im to dużo mniej problemu, niż rok-dwa lata temu. Wtedy przerażało, teraz – da się żyć.
I wreszcie kulminacja. Dotarliśmy do ogrodu. A w nim: mnóstwo barwnych środków stylistycznych; mnóstwo wrażeń zmysłowych – kolorów, dźwięków, zapachów, delikatnego ruchu – zaawansowana synestezja; mnóstwo ćwiczeń poszerzających słownictwo – nazwy nieoczywistych barw, roślin, kwiatów…
Pamiętam, jak sama w czasach dzieciństwa poznawałam je niczym magiczne zaklęcia. Werbeny, hortensje, berberysy, spireę – znałam w pierwszej kolejności z powieści i z wierszy, zanim zobaczyłam w naturze. To niesamowicie rozpalało wyobraźnię, uwrażliwiało na samo brzmienie słów, które zdawały się pęcznieć i nabierać życia od wyobrażania sobie nigdy niewidzianych wcześniej desygnatów.
Przeszliśmy zatem przez ten bujny ogród w tekście, w wyobraźni, wąchając każdy epitet, delektując się każdym porównaniem, zatrzymując się przy każdym nowym czarodziejsko i tajemniczo brzmiącym słowie. Rezedy, ostróżki, orliki, lwie paszcze, lnianki, kampanule… I nieprzebrane mnóstwo róż.
Na koniec – w ostatnim przed wakacjami dniu nauki – dzieci wybierały na podstawie opisów ogrodu rosnące tam kwiaty i tworzyły swoje ogrody na kartkach. Przyniosłam im mnóstwo zdjęć i rysunków kwiatów, a nawet róże z własnego ogródka, co im się wyjątkowo spodobało :).

Przy okazji tej książki po raz pierwszy spotkaliśmy się też z zagadnieniem sztuki translatorski i redaktorskiej. Okazało się, że mamy różne przekłady, różne redakcje starego polskiego tłumaczenia J. Włodarkiewiczowej. Tym, co dzieci same wytropiły, była słynna różnica w przekładach między gilem a rudzikiem. Sami domagali się sprawdzenia w oryginale, który to ptaszek był „naprawdę”. Wygrał rudzik. A my zaczynamy wakacje. Gdyby było więcej czasu, dalej eksplorowalibyśmy ten tekst. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeszcze na pewno będziemy do niego wracać.

2 odpowiedzi do “Róże z Tajemniczego ogrodu i lapbooking”

  1. I trսly love youг blog.. Very nice colors
    & theme. Did yoou mаke thgis website yourseⅼf? Pⅼease reply bak aas І’m trying to credate my ⲟwn website аnd would like to кnow where yоu got tһіѕ fropm оr еxactly ѡһаt the theme is сalled.
    Thanks!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *