Motessoriańskie wielkie lekcje

Wielkie lekcje to dla mnie fenomen – zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia.  Proponują bowiem takie ujęcie zagadnień, jakie jest mi wyjątkowo bliskie: całościowe, przekrojowe, skupiające się wokół szukanie związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy omawianymi zjawiskami.
Wielkie lekcje według mnie mocno działają na wyobraźnię, wciągają, angażują emocjonalnie i poznawczo, budzą ciekawość, a przede wszystkim inspirują. Bo każdy poruszany w nich wątek może dać asumpt do rozwijania, rozgałęziania zagadnień. Do pączkowania z nich kolejnych pytań, tematów poszukiwań i dociekań.

Jako polonistka na początku zabrałam się oczywiście za lekcję o narodzinach liter. Samo przygotowywanie się do niej sprawiło mi ogromną frajdę. Przeprowadzenie jeszcze większą.

W tym roku ją powtórzyłam, a następnie… zaczęłam myśleć o kolejnych, ale nie tych kanonicznych, motessoriańskich, tylko całkiem nowych, moich własnych, wymyślanych wokół interesujących mnie w danym momencie tematów. Pozostała inspiracja montessoriańską formą.

Zaczęłam więc ostrożnie, na próbę, od pradawnych mitycznych sposobów myślenia i postrzegania świata na przykładzie historii różnych mitologicznych stworów. Modyfikacją w stosunku do montessoriańskiego modelu było wprowadzenie po części wykładowej czasu warsztatowego aktywizującego słuchaczy. A zatem projektowanie własnego stwora, układanie opowieści o nim itp. Z czasem zaczęłam też dodawać część dyskusyjną, w której każdy ma szansę przedstawić swoje poglądy na sprawę, podzielić się własnymi przemyśleniami, wnioskami, doświadczeniami.

Później już kolejne historie posypały się jak z rękawa: historia map, historia podróżowania, historia urbanizacji – narodzin i upadków miast; teraz planuję historię narodzin i zmierzchu cywilizacji, w połączeniu ze wspólnym poszukiwaniem sposobów, jak mu zapobiec albo odsunąć w czasie.

Inspiruje mnie patrzenie na dzieje rozmaitych idei, pomysłów, trendów zaprzątających ludzkość z perspektywy Braudelowskiego długiego trwania. Uwielbiam patrzeć przekrojowo, niejako w poprzek chronologii, na źródła różnych zjawisk i nurtów, na ich przerozmaite fluktuacje w ciągu dziejów, pojawianie się na powierzchni i znikanie w odmętach czasu, i ponowne wypływanie na wierzch nie wiadomo kiedy…

Wiecie, że pierwsze mapy tworzyli już ludzie pierwotni? Że przed mapami Ziemi pojawiły się mapy nieba? Dlaczego? Bo niebo widzimy z dystansu, bardziej całościowo. Po co? Żeby nawigować statki, szukać właściwych też, ale też po to, by uczyć się odczytywać wpływ ciał niebieskich na losy ludzi. Albo że ludzkość po raz pierwszy ujrzała w całości z góry, z perspektywy glob, który zamieszkuje, dopiero w 1968 roku??? Ale już tysiące lat wcześniej próbowała tworzyć jego mapy, objąć go swoją myślą i wyobrażeniem?

Wiecie, że istoty żywy mają podróżowanie niejako we krwi? I człowiek od zarania swoich dziejów niczym się w tym nie różnił od migrujących zwierząt? Że dzięki przemieszczaniu się odkrywał świat i siebie. Ubi vagatio ibi renovatio.

Albo że nasza cywilizacja u samych swoich źródeł powstała ze współpracy człowieka z pewnymi gatunkami… traw? Z uprawy zbóż. I to powstała nie w miejscach uważanych obecnie za pępek świata, ale na terenach uznawanych dziś za cywilizacyjne i kulturowe obrzeża. Na „skrzyżowaniu świata”, w rejonie „żyznego półksiężyca”. Jak i kiedy to się stało, że centrum się przemieściło do zaściankowej niegdyś Europy? Dokąd przemieszcza się teraz?

Albo że przesyt i nieokiełznanie tak hołubionego rozwoju wróży zagładę? Wielki Rok, ouroboros, wąż zjadający własny ogon, wieczny powrót, koło Fortuny – stare mity, toposy, wiecznie żywe przetwarzane ciągle od nowa przez tysiąclecia.

Tak się toczą „wielkie lekcje”. Pewnie będą dalej ewoluować. Szukam kolejnych inspiracji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *