Mity na temat niespożytych pokładów motywacji i nieograniczonego pędu do wiedzy

Mity na temat niespożytych pokładów motywacji i nieograniczonego pędu do wiedzy

Powszechne wśród zatroskanych rodziców małych dzieci jest ogólne przekonanie, że dzieci, idąc do szkoły tracą kreatywność i ogromną część swojego dotychczasowego potencjału rozwojowego. Dalej posunięty sąd jest taki, że to szkoła zabija ową kreatywność i niszczy potencjał.
Rodzice, szukając dla swoich dzieci odpowiedniego sposobu kształcenia, najlepszej możliwej placówki, często zadają pytanie: czy ta szkoła nie zdewastuje potencjału mojego dziecka? Czy da mu tyle przestrzeni, żeby mogło się rozwijać swobodnie i spektakularnie, tak jak dotychczas?

I tu zaczynają się schody. Bo dzieci nie mogą przez resztę życia rozwijać się w takim samym tempie, jak w jego pierwszych latach. Fizjologicznie to niemożliwe. Z wiekiem szybkość i intensywność tworzenia nowych połączeń neuronowych spada, bo ludzki organizm nie mógłby na dłuższą metę wyżywić w takim tempie rozwijającego się mózgu. Pechowo czas owego wyhamowania pokrywa się mniej więcej z czasem, kiedy dzieci zaczynają szkołę. I wzmocnienie przekonania o szkole blokującej rozwój gotowe.

Pewnie – oddawanie dzieci na wychowanie placówkom ma mnóstwo wad.
Zawsze trudno mi było wytrzymać widok dwu-, trzylatków płaczących w przedszkolach za mamą. Albo siedmio-dziesięciolatków ślęczących przez całe popołudnia nad zadaniami domowymi zamiast ganiać po podwórku i spędzać czas z rodziną.
Ze szkołami rozmaitymi dość często zdarzało mi się i zdarza nadal walczyć o więcej wolnego czasu dla dzieci, więcej swobody ekspresji, mniej obciążeń, restrykcji etc.

Niemniej jednak równocześnie nie lubię zero-jedynkowych osądów, bo rzeczywistość jest ogromnie bogata i złożona. Nie uważam, żeby szkoła była wyłącznie złem. Każda nasza wspólna przestrzeń relacji jest trochę dobra i trochę zła, bo ją tworzymy my, niedoskonali, ciągle testujący, szukający rozwiązań, popełniający błędy. I w domu, i w szkole, i wszędzie…

Szkoła systemowa – zgadzam się z tym – jest mniej elastyczna, mniej zwrotna, z mniejszym może potencjałem niż niewielkie, z pasją tworzone szkoły alternatywne. Bo jest ogromną systemową machiną, pędzącą siłą bezwładności od dziesięcioleci. Bo ma – prozaicznie – mniej pieniędzy, mniej narzędzi reagowania na zmienną rzeczywistość.

Stąd coraz więcej rodziców szuka alternatywy dla systemu.
Jedną z takich alternatyw jest szkoła oparta na pedagogice Marii Montessori. Szkoła przez wielu postrzegana jako idealna – miejsce gdzie dziecko będzie miało szacunek, swobodę, wolność, a jednocześnie nauczy się więcej, szybciej, często lepiej, bardziej kreatywnie (cokolwiek to znaczy) niż jego rówieśnicy ze szkół systemowych.

Ale często zapomina się o tej prostej prawdzie – że nikt ani nic nie jest idealne: ani szkoły, ani nauczyciele, ani – sic! – dzieci też.

Po pierwsze:
Zauważyłam, że szkoła alternatywna u samych swoich źródeł zmaga się z pewnym potężnym dysonansem – z opozycją swojego wolnościowego nastawienia i sztywnego gorsetu podstawy programowej, którą trzeba zrealizować. Szkoła Montessori zakłada: „dzieci nic nie muszą” (przynajmniej na to zwykle liczą rodzice), a podstawa programowa rzecze: „dzieci muszą umieć to a to, żeby uzyskać promocję do kolejnej klasy”.
Ten dysonans jest bardzo trudny do przezwyciężenia. Nieustannie szuka się na to sposobów, próbuje się godzić dwie nieprzystające do siebie rzeczywistości, idee, ale u fundamentu i tak ciągle będzie tkwił jakiś rodzaj przymusu. I całe związane z tym napięcie. I generowany przez nie stres nauczycieli, uczniów, pośrednio i wtórnie także rodziców.

Po drugie: to, niestety, również mit, że dzieci zawsze same z siebie chcą się uczyć, dowiadywać nowych rzeczy, że mają naturalny niespożyty pęd do wiedzy i tylko szkoła zwykle go zabija. Otóż w szkolnej rzeczywistości rychło się dowiadujemy, że dzieciom – tak jak i nam, dorosłym – też czasem kompletnie się nie chce, że czasem wolą ze sobą pogadać (dorosłym z kolei często się wydaje, że tylko dzieci gadają „nie na temat” i że trzeba je ciągle uciszać – tymczasem z dorosłymi jest identycznie!). Albo wolą się pobawić. Albo zwyczajnie nic nie robić. Albo z jakichś powodów – pewnie mogą być przeróżne – uniknąć wysiłku. Nie wiem: może gdyby nie ten zasadniczy przymus wynikający z konieczności realizowania podstawy programowej, dzieci uczyłyby się swobodnie, w swoim tempie, tylko tego, czego chcą. Jednak z drugiej strony nie wiem, czy taka wizja nie jest utopijna. Nie wiem, czy jako rodzice naprawdę byśmy tego chcieli? Przecież rodzice najczęściej są mocno zatroskani tym, czy ich dzieci odniosą w życiu sukces… A ich wyobrażona droga do sukcesu często wiedzie przez kolejne konkretne dobrze pozdawane egzaminy… Z drugiej strony w normalnym życiu ciągle pojawiają się jakieś formy przymusu, obowiązku, powinności, i nie zawsze da się ich unikać. Nie zawsze też to unikanie jest dla nas czymś dobrym i nie zawsze niesie wyłącznie pożądane skutki.
W każdym razie unikanie wysiłku, pracy w szkole są obecne. Wszędzie tak naprawdę są obecne. Chyba wszędzie tam, gdzie tylko wyczujemy jakiś rodzaj przymusu. Nie jest na pewno tak, że w każdym momencie, kiedy wejdziemy do szkoły Montessori, zastaniemy wyłącznie dzieci z pasją pochłaniające wiedzę. Zastaniemy też dzieci przesiadujące np. w kąciku czytelniczym niekoniecznie czytające, a ukrywające się przed jakąś konkretną pracą. Znajdziemy dzieci snujące się bez celu, i dzieci gadające ze sobą, itp. Znajdziemy dzieci zwyczajnie znudzone, nawet tymi atrakcyjnymi dla nas na pierwszy rzut oka montessoriańskimi materiałami – bo dla dzieci to niekoniecznie wielkie „wow!” – dla nich to zwyczajna codzienność, rutyna, wiążąca się z obowiązkiem, z jakąś wiszącą nad nimi koniecznością…
A skoro tak po prostu jest, to może nie zamiatać tego faktu pod dywan, tylko uznać za coś zwyczajnego, oczywistego, fizjologicznego, a nie wstydliwego, złego, czegoś, co należy jedynie zwalczać? Może za tym kryje się potrzeba swobody, odpoczynku, albo samostanowienia, autonomii? Może spróbować te potrzeby wybadać i w miarę możliwości wyjść im naprzeciw?
Nauczyciel montessoriański w zasadzie powinien zrezygnować z wszelkich narzędzi przymusu (w praktyce nie zawsze tak jest, bo… nie zawsze potrafimy to zrobić, nie wszyscy ma po temu jednakowe predyspozycje). Zwykle nie ma do dyspozycji ocen. Żadnych kijów i marchewek. Żadnej motywacji z zewnątrz. Naprawdę tego nie ma i – o dziwo – da się bez tego funkcjonować. Nauczyciel monstessoriański nieustannie myśli nad tym, jak dzieci zainteresować, zachęcić, jak dopasować metody do ich idywidualnych możliwości, predyspozycji, jak sprawić, żeby wedle własnego pomysły sięgały po materiał i z nim pracowały, żeby wybierały uczenie się, a nie nicnierobienie (choć i ono w całości obrazu jest oczywiście potrzebne – nam przecież też!). Coś się w tym zakresie da zrobić. Da się reagować może elastyczniej i sprawniej niż w szkole systemowej, da się więcej czasu poświęcić każdemu dziecku z osobna, lepiej dziecko poznać, bardziej zgłębić jego styl uczenia się. Ale dobrze jest jednocześnie pamiętać, że nauczyciel też nie jest idealny, i że też nie ma niewyczerpanych pokładów kreatywności, i nie zawsze na zawołanie wymyśli wielkie metodyczne „wow!”. To kolejny kawał rzeczywistości, którego warto nie zamiatać pod dywan, a szczerze przyznać, że tak po prostu jest.

Ale może – tak jak w domu – można pozostać wystarczająco dobrym sobą? I w przypadku dziecka, i w przypadku nauczyciela? Szczerym i otwartym sobą, niepozującym na ideał.
Znam z autopsji mnóstwo placówek edukacyjnych najróżniejszych rodzajów. Od zwykłych systemowych szkół publicznych, poprzez szkoły profilowane zawodowo (muzyczne, sportowe), niepubliczne oparte na tradycyjnej pedagogice i niepubliczne oparte na pedagogikach alternatywnych względem systemu. Lepsze i gorsze. Żadnej idealnej. W każdej jest coś z przymusu, i w każdej jakaś mniejsza bądź większa przestrzeń na rozwój, na tworzenie więzi. Przez wiele lat szkolnych doświadczeń, również moich własnych dzieci (które chodzą do dwóch różnych szkół), zauważyłam, że szkoła bywa przestrzenią tym przyjaźniejszą i bardziej rozwojową, im lepsze, bardziej otwarte, szczere i bliższe są relacje wszystkich uczestników procesu edukacji: uczniów, nauczycieli, rodziców. Im mniej spraw zamiata się pod dywan. Niezależnie od rodzaju pedagogiki i od treści PR-owej retoryki zachęcającej klientów do wyboru danej szkoły.
Nie lubię być reklamą żadnych systemów edukacji. Bo tu chodzi o coś znacznie ważniejszego niż pozyskiwanie klientów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *